Korzenie i wieże

with 1 komentarz

Korzenie i wieże - zdjęcie wież w Mestii

 

„Moja rodzina ma cztery wieże”

powiedział nam miły gospodarz guesthouse’u, w którym zatrzymaliśmy się w górzystej Swanetii. „Tą za moim domem, dwie tu po sąsiedzku, i jedną, z o drugiej strony, niedaleko restauracji, w której jedliście. To znak, że jesteśmy silną rodziną”.

Wieże, o których mówił, zbudowane między 9 a 13 wiekiem, dodają charakteru okolicy Mestii. Znaczą ją, przypominając przeszłość. Dziś jest ich jeszcze około 175 – tu przy domu, tam w ogrodzie, tu nad rzeką czy na wzgórzu, większe grupy skupione we wsiach. Kiedyś miały głównie funkcje obronne – to tu ukrywali się ludzie starsi, kobiety i dzieci, podczas gdy porywczy swaneccy górale zapamiętale walczyli między sobą (Swanetia była trudno do podbicia przez siły zewnętrzne, ale czesto zdarzały się tu krwawe rozgrywki wewnętrzne). Ale to nie przewodnik, nie o tym miałam pisać:)

Korzenie i wieże - zdjęcie domu gospodarza

A bez wież?

Bo kiedy usłyszałam naszego gospodarza mówiącego o rodzinnych wieżach, pomyślałam – ciekawe jakie to uczucie mieć wieże? Budzić się w miejscu, w którym czujesz obecność swoich przodków i widzisz namacalny dowód ich istnienia przed wielu, wielu latami? Czy daje to poczucie bezpieczeństwa? Zakorzenienia właśnie? Czy o takie poczucie chodzi poszukiwaczom korzeni i osobom badającym historię swojej rodziny?

Dorastając nie miałam swojej wieży. Nie miałam nawet zbyt wielu przedmiotów pamiętających starsze czasy. Moi dziadkowie w młodości wyprowadzili się z rodzinnych domów. Nie wzięli ze sobą wiele. Potem już nie było im dane odzyskać pamiątek. I tak, nie dość że nie mam swojej wieży, to tak naprawdę nic nie mam . Żadnych namacalnych pamiątek, które mogłyby trafić do mojego domu. Które mogłabym pokazać dzieciom. Postawić na honorowym miejscu. Spoglądać co rano, jak nasz gospodarz na wieżę, i czuć łączność z historią, z rodziną, z przemijaniem.

Nasze korzenie

W Polsce funkcję podobną do wież spełnia chyba ziemia. Z wyjątkiem nielicznych rodzin szlacheckich – które mogą cieszyc się z ocalałych i zachowanych (lub odzyskanych) dworków i pałacyków, w większości przypadków drewniane chatki naszych przodków zniknęły z powierzchni. Pozostawała ziemia. Dlatego mówi się o korzeniach.  Ale ziemi też do końca nie mam – leży ona gdzieś przy mazowieckich wsiach, w rękach dalekich kuzynów, coraz trudniejsza do rozpoznania w trakcie sporadycznych wizyt.

Co pozostaje? Wyciągnąć stare fotografie, spróbować je zachować. Porozmawiać z żyjącymi babciami o historiach z ich młodości. Zapisać te historie. Może nagrać? Zadbać o swoje korzenie. Żeby wiedzieć, o czym opowiadać dzieciom. Nie jest to łatwe. Czytam ten wpis jakiś czas po napisaniu. I co? I nic póki co. Zawsze jest coś innego do zrobienia. Rozmowy mogą poczekać. Czy na pewno?

Trzeba też szanować dziedzictwo ludzkości. Pokazywać dzieciom Nasz gruziński gospodarz o swojej wieży powiedział, że choć stoi przy jego domu, to nie należy już do niego. Nableży teraz do wszystkich – „do Ciebie, do mnie”. I pociągnął łyk białego, domowego wina.

korzenie i wieże - ushguli zdjęcie

  • Asiu, wiem, o czym mówisz… Poczucie przynależności. Zbudowałam dom w miejscu domu moich dziadków. Na ziemi, którą oni dostali od hrabiego Potockiego. Poprosiłam mamę, żebym mogła dostać od rodziców ten kawałek świata i czuję oddech przeszłości. Stare przedmioty, jeszcze z domu moich dziadków wracają powoli na swoje miejsce w moim domu. Zbieram te różne okruchy przeszłości i czuję w nich życie starszych pokoleń. Jest taka piosenka G. Turnaua „Jestem synem mego ojca, jestem ojcem mego syna…” (jest o niej nawet na moim blogu :)) Ona mówi o tym połączeniu pokoleń… Ja tak czuję. Pozdrawiam Cie cieplutko 🙂 Basia