Siedem moich pierwszych prac – #MyFirst7Jobs

with 9 komentarzy

zdjęcie budynku biourowego Siedem moich pierwszych prac #myfirst7jobs

 

Kiedy po raz pierwszy trafiłam na wpis z cyklu Siedem moich pierwszych prac (#MyFirst7Jobs)– zajrzałam tylko przypadkiem. Ale zaciekawienie rosło w miarę czytania. I kiedy dookoła zaczęły pojawiały się kolejne wpisy z tego cyklu – otwierałam je już bez zastanowienia.

Dlaczego Siedem moich pierwszych prac tak mnie wciągnęło? Bo w wyjątkowy sposób pokazuje historię człowieka i jego rozwój. To droga, którą zaczyna się często już w podstawówce i która trwa do dzisiaj. Szczególnie przy osobach, które poznałam lub czytuję online – wiem, co u nich dzieje się teraz, ale jestem ciekawa jak doszły do obecnego etapu. I – to bardzo dobry sposób, żeby kogoś lepiej poznać.

Czytając wpisy #MyFirst7Jobs uśmiecham się, kiedy widzę takie same lub podobne punkty kariery (pozdrawiam wszystkie koleżanki od tacy:)), podziwiam celowość rozwoju, doceniam poszukiwanie swojej pasji, z uwagą przypatruję się jak piszący znalazł swoją drogę.

 

Siedem pierwszych prac – moja historia

 

Patrząc na moje pierwsze prace widzę wyraźny podział na działania, które nie do końca rozwijają, ale pozwalają na zarobienie pieniędzy, oraz czynności rozwijające – ale niestety niełączące się z przypływem gotówki. Dlaczego?

Inwestycja w przyszłość

Brzmi górnolotnie. Ale właśnie tak było. Szukałam własnej drogi, chciałam rozwijać pasje. Więc, choć nie narzekałam na nadmiar gotówki, gotowa byłam zainwestować swój czas w sprawdzenie różnych dróg zawodowych i zdobycie doświadczenia bezpłatnie. Z drugiej strony – starałam się, aby takie staże czy praktyki nie przerodziły się w długotrwały stan oczekiwania na propozycję stałej pracy, która mogła nigdy nie nadejść.

A więc po kolei.

 

#1 Hostessa przy promocjach

 

Dużo komentarzy tu nie trzeba. Praca w szkole średniej – mająca na celu zdobycie gotówki. I w moim odczuciu – praca ciężka. Po przestaniu 8 godzin w nagrzanym supermarkecie, rozdając ludziom kubki z wodą (bo właśnie wodę promowałam) i uśmiechając się do nich – miewałam dość.

Do dziś doceniam osoby rozdające ulotki czy też pracujące jako hostessy – jeśli mogę pomóc odrobinkę przez wzięcie ulotki, spróbowanie ich produktu – robię to.

 

#2 Lider workcamp’u

 

Workcamp’y – obozy w różnych częściach Europy (i świata), na które na dwa – trzy tygodnie przyjeżdżają młodzi ludzie z różnych krajów, żeby razem mieszkać, jeść i realizować projekty dla lokalnej społeczności na zasadach wolontariatu – chyba zasługują na osobny wpis.

W czasach szkoły średniej i wczesnych studiów – to był mój ulubiony sposób na spędzanie wakacji. Super ludzie, super doświadczenia, super spotkania. Co robiliśmy? Sprzątaliśmy zoo, budowaliśmy i pomagałyśmy w Centrum dla Młodzieży , pomagaliśmy przy pracach archeologicznych a nawet opalaliśmy się (na włoskim workcamp’ie gdzie gospodarzom nie udało się zorganizować pracy).

Potem, sama zaangażowałam się w działalność organizacji i zostałam tzw. „liderem” obozów w Polsce. Czyli to ja byłam głównym opiekunem osób przyjeżdżających do Polski – kontaktowałam się z uczestnikami, pośredniczyłam między nimi a organizatorami, organizowałam im w czasie pobytu w Polsce czas wolny.

Pieniędzy nie zarobiłam (choć niewątpliwym plusem był brak opłat za pobyt), ale doświadczenie było jedyne w swoim rodzaju. I myślę, że pasja z jaką o nim opowiadałam pomogła mi w czasie rozmów kwalifikacyjnych do „prawdziwych” (czytaj „płatnych”) prac. Ale o tym za chwilęJ Bo wcześniej jeszcze trochę dorabiałam.

 

#3 Kelnerka

 

Tak, też dołączyłam do szerokiego grona dziewczyn (i facetów) roznoszących piwo. Byłam kelnerką w pubie z ogródkiem na warszawskiej Starówce. Czego ja tam nie widziałam… Praca ciężka – i w sensie dosłownym (na jednej ręce wyrobiły mi się mięśnie od noszenia kufli z piwem), i bardziej przenośnym. Sytuację ratowały napiwki – szczególnie od turystów zagranicznych.

Co zostało mi po tej pracy – pewny i profesjonalny chwyt tacy i niechęć do niby żartów typu „Uciekamy bez płacenia”.

 

#4 Tłumaczenia i przepisywanie książki

 

Mój wujek był tłumaczem, a ja szukałam źródeł dochodu. Najpierw, przepisywałam jego tłumaczenia (bo był również człowiekiem starej daty piszącym ręcznie) na komputerze. Oj, ile bywało z tym zgadywania (bo teksty były fachowe ze specyficznym słownictwem, a wujek wyraźnie nie pisał).

Później, od czasu do czasu zlecał mi samodzielne tłumaczenia (i wtedy odkryłam jak wielka jest różnica pomiędzy przeczytaniem tekstu ze zrozumieniem a jego zrozumiałym i logicznym pisemnym przetłumaczeniem). Złotym strzałem było zlecenie przepisania wydrukowanej książki – której wersja elektroniczna się nie zachowała – oraz uzupełnieniem jej tekstami. Lekcja odpowiedzialności – włączenie terminowej pracy między studia a beztroskie życie studenckie.

 

#5 Praktyka – Ośrodek Informacji ONZ w Warszawie

 

Koniec studiów – rozglądanie się za stałym zajęciem i praktyki. Pociągały mnie instytucje międzynarodowe – zainteresowałam się więc praktykami studenckimi w Ośrodku Informacji ONZ. Byłam tam przez miesiąc. Było to ciekawe doświadczenie (w tym czasie odbyła się też wizyta zastępczyni Sekretarze Generalnego ONZ w Polsce), ale czegoś mi brakowało. Po miesiącu zakończyłam praktyki z satysfakcją, zadowoleniem, ale też pewną ulgą.

 

#6 Praktyka – Centrum Informacji Europejskiej

 

Niedługo po stażu w Ośrodku ONZ. I z podobnym wnioskami. Dużo większe biuro, więcej ludzi, zadań. Z uśmiechem przypominam sobie dyżury telefoniczne. I po miesiącu – z uśmiechem zdecydowałam się dalej szukać swojego miejsca.

 

#7 Praktyka u obecnego pracodawcy

 

Ostatni – choć dość rozwojowy, bo zostałam tu kilka dobrych lat i przeszłam kilka stanowisk – krok w historii moich pierwszych siedmiu prac. Początek prawdziwego życia zawodowego. Które w tej chwili właściwie (i to po raz kolejny) rozpoczynam na nowo – jeszcze nie minął miesiąc od powrotu z urlopu macierzyńskiego. A czytając, z rozbawieniem zauważyłam, że również jedyny etap w tej historii, w którym zarabianie pieniędzy łączy się z nauką i rozwojem.

 

Matka w kratkę

 

No i jednocześnie jest jeszcze Matka w kratkę. Dla mnie okazja na rozwój w innym kierunku niż moja wybrana droga zawodowa, pisanie co mi w duszy gra, naukę wielu nowych rzeczy (patrz – początek blogowania).

Serdecznie zapraszam do odwiedzin!

  • Z naciskiem na szczęście

    2 praca najbardziej mnie zainteresowała. To musiało być coś naprawdę niesamowitego. Sama osobiście łapałam małe prace ale nie twierdze, że w przyszłości nie będę rozdawać ulotek czy dzwonić z ankieta dlatego zawsze wezmę ten plik ulotek i odbiorę telefon odpowiadając czasem na beznadziejne pytania.
    Pozdrawiam 🙂

    • Asia – Matka w Kratkę

      Na pewno – pobyt na workcampach – czy to jako uczestnik czy jako lider – to było niesamowite doświadczenie. Okazja na poznanie ludzi z rożnych krajów porównywalna (w moim doświadczeniu) tylko do Erasmusa:) Wspólna praca jeszcze bardziej nas integrowała.

  • #5 i #6 – wyglądają jak dream job, co nie zagrało?

    • Asia – Matka w Kratkę

      Dream job to niewątpliwie byłaby w głównych siedzibach tych instytucji:) A u nas – placówki niewielkie i możliwości przez to też ograniczone. Akurat na praktykę.

  • Jednym słowem jesteś kobietą pracującą, która żadnych wyzwań się nie boi 🙂

    • Asia – Matka w Kratkę

      O, to, to:) A na dodatek wspominałam te prace z dużym sentymentem:)

  • Jakiś czas temu taki wpis miał na swoim blogu także Tomek Tomczyk a.ka. JasonHunt 🙂 a co do samych prac…najlepiej wspominam pracę w wakacje jako barman…praca z jednej strony ciężka, a z drugiej bardzo przyjemna, kontakt z ludźmi i praca w zespole – ehh było super, z obserwacji też rozumiem jak to jest pracować jako kelner/kelnerka 🙂

    • Asia – Matka w Kratkę

      Pomysł na wpis nie jest nasz rodzimy – przywędrował z zagranicy:) Ale u Tomka Tomczyka akurat nie czytałam – zaraz zajrzę z ciekawości.

  • Mamy kilka wspólnych prac 🙂 Też jeździłam na workcampy – świetna szkoła życia. „Zmuszę” moje dzieci, żeby tez jeździły. Dzięki za ten akapit o tłumaczeniach (tym wciąż się zajmuję) i boli mnie, jak dużo osób nie zdaje sobie sprawy z nakładu pracy i jak wiele młodych tłumaczy drastycznie zaniża stawki, przez co mamy coraz więcej tekstów, jakby z google translate.